Refleksja po Ekstremalnej Drodze Krzyżowej

Ekstremalna Droga Krzyżowa jest czymś dziwnym. Z jednej strony co roku wygląda bardzo podobnie – noc, cisza, ciemność, zmęczenie, ból nóg, kolejne kilometry. A jednak za każdym razem to doświadczenie jest zupełnie inne. Bo choć droga jest podobna, to serce człowieka już nie jest takie samo. I Pan Bóg za każdym razem mówi inaczej.

To była moja trzecia EDK. Tym razem na terenie Krakowa – trasa niebieska św. Wojciecha. Wydawało mi się, że mniej więcej wiem, czego się spodziewać. Że już „znam ten klimat”. I może właśnie dlatego zostałem trochę zaskoczony.

W tym roku po raz pierwszy przyszło mi iść w deszczu. I to nie takim przelotnym, tylko konkretnym – przez pierwsze 20 kilometrów praktycznie bez przerwy. Wszystko było mokre, ciężkie, niewygodne. Droga szybko przestała być „drogą”, a zaczęła być walką o każdy krok.

Najgorzej było w okolicach Kopca Piłsudskiego i klasztoru Kamedułów na Bielanach. Tam ścieżki zrobiły się naprawdę śliskie. Błoto, kamienie, nachylenie terenu – momentami ciężko było utrzymać równowagę. I właśnie tam zaliczyłem trzy upadki. Takie konkretne. Nie jakieś potknięcie, tylko normalne lądowanie w błocie.

Wstałem, otrzepałem się… i poszedłem dalej. Ale we mnie coś zostało.

Bo prawda jest taka, że bardzo mnie to zdenerwowało. I to bardziej, niż bym się spodziewał. Pojawiła się frustracja, złość, takie wewnętrzne „no nie, serio?”. I przez chwilę szedłem z tym w sobie.

A potem przyszła myśl, która wszystko trochę odwróciła.

Przecież to jest Droga Krzyżowa.

Nie spacer. Nie wyzwanie sportowe. Nie „nocna przygoda”. Tylko droga, na której człowiek ma się spotkać z Jezusem – także w Jego upadkach.

I nagle zacząłem się zastanawiać: dlaczego tak bardzo mnie to dotknęło? Dlaczego te upadki mnie aż tak ruszyły?

Przecież nikt tego nie widział. Nikt nie bił braw, nikt nie oceniał. Nikt nawet nie musiał wiedzieć, że się przewróciłem. A jednak we mnie była złość.

I wtedy dotarło do mnie coś bardzo prostego – chodzi o brak kontroli.

Jak bardzo my lubimy mieć wszystko poukładane. Mieć plan. Wiedzieć, jak coś ma wyglądać. Nawet w takich rzeczach jak EDK – masz trasę, tempo, założenia. A jeszcze bardziej w życiu: studia, powołanie, relacje, przyszłość.

Chcemy mieć poczucie, że ogarniamy. Że wiemy, dokąd idziemy i że damy radę.

A upadek rozwala to wszystko w jednej chwili.

Bo nagle okazuje się, że nie masz kontroli. Że możesz się przygotować, zaplanować, chcieć jak najlepiej – a i tak lądujesz w błocie.

Dosłownie i duchowo.

I może właśnie to było dla mnie najważniejsze doświadczenie tej drogi.

Zobaczyć, że nie jestem tak „ogarnięty”, jak mi się czasem wydaje. Że nie jestem panem sytuacji. Że nie jestem panem własnego życia.

I w tym wszystkim zobaczyć Jezusa.

Jezusa, który też upadał. Który był zmęczony, pobity, sponiewierany. Który nie miał „komfortowych warunków” do przeżywania swojej drogi. A jednak szedł dalej.

I co mnie najbardziej uderzyło – On nie walczył o kontrolę.

Nie próbował wszystkiego poukładać po swojemu. Nie zatrzymał tej drogi. Nie zbuntował się. Przyjął wolę Ojca – nie dlatego, że było łatwo, ale dlatego, że kochał.

I to jest coś, czego ja się dopiero uczę.

Po tych upadkach przestałem się już tak spieszyć. Przestałem się spinać. Zacząłem iść bardziej uważnie. Może trochę wolniej, ale spokojniej.

I pojawiła się wdzięczność.

Dziękuję Ci, Panie, za te trzy upadki.
Za to, że mogłem zobaczyć swoją słabość bez upiększeń.
Za to, że pokazałeś mi, że nie muszę wszystkiego kontrolować.

Bo Ty jesteś.
I Ty się mną zajmujesz – nawet wtedy, kiedy ja leżę w błocie i nie bardzo wiem, co dalej.

Dziękuję Ci za to, że nie muszę być idealny.
Że mogę być w drodze.
Że mogę upadać – i wstawać.

Bo może nie chodzi o to, żeby nie upaść.
Tylko żeby po każdym upadku wstać i iść dalej.

W ciszy tej nocy bardzo mocno wybrzmiało jedno zdanie:
Bóg wciąż we mnie wierzy.
I to wystarczy.
„Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor 12, 9).

Warto zobaczyć

Adwent kleryka

Adwent w seminarium salwatorianów to więcej niż tylko kalendarzowe odliczanie